Kontynuujac moja przygode w Londynie, chetnie podziele sie z Wami jeszcze kilkoma innymi pierwszymi razami ;)
Otoz, pierwszy dach nad glowa.... No coz, na poczatku rozczarowanie, ooo i kolejny pierwszy raz - pierwsze rozczarowanie w Londynie. Pokoj, ktory mial byc tak wielki, ze 5 osob mogloby spokojnie w nim mieszkac, okazal sie pokoikiem, w ktorym czasem nawet obecnosc Mattea mnie draznila. Nie byl malenka klitka 2x2, jednak nie byl taki, jak mi Matteo opisywal. No coz, musialam przelknac to i obiecalam sobie, ze nie dalej jak za pol roku bede mieszkac w mieszkaniu! A pokoje wynajmowac bede ja!
Wracajac do obecnego mojego polozenia... w sumie doslownie polozenia, bo wlasnie leze ;P Wkraczajac na "nasza" ulice nie wiedzialam gdzie podziac oczy - wszedzie czarnoskorzy! O Matko w Niebie! ( Bo caly czas mam nadzieje, ze tam trafilas, bo przeciez dla nas - swoich dzieci - bylas swieta! Kocham Cie Mamo!) Nie chcac gapic sie jak kretynka na tych wszystkich ludzi, musialam spuscic glowe w dol i wolalam patrzec na asfalt pod nogami, a nie przed soba...
Matteo prowadzi mnie przez ulice i pokazuje co, gdzie jest. Jednak ja nie podnosze nawet glowy i nie bardzo chce zapamietac co mowi, bo w gruncie rzeczy marze tylko o tym, aby napic sie kawy i choc na chwile przylozyc leb do poduszki. Glupie nie? Jestem w wielkim swiecie, a ja marze, zeby isc spac. No coz.... Prawde mowiac po nieco ponad miesiacu pobytu tutaj niewiele sie zmienilo. Nadal marze o tym, zeby sie porzadnie wyspac, ale widac nie bedzie mi to dane do maja... Wtedy wracam do Polski, na krotko, bo na krotko, ale WRACAM!
Docieramy do rusztowania - taki znak rozpoznawczy, gdzie mieszkamy. Drzwi przede mna staja otworem i mym oczom ukazuje sie Belveder Palace! Taa... chcialabym... chociaz nie, nie chcialabym. Wole juz ten nasz pokoik! Wchodze po stromych schodach, bo przeciez tutaj tylko takie sa - no chyba, ze w stacjach metra czy overgrandow, tam sa normalne. Wchodze i wchodze i mysle sobie " schody skrzypia, ciekawe kiedy sie to rozdupcy wszystko". Pierwsze pietro - bo na parterze sa restauracje, sklepy i te inne pierdolety. Matteo otwiera drzwi, puszcza mnie przodem jak gentelmen - oooolahahahahahhahaha. Wchodze i widze kobitke, na oko, moze czterdziestoletnia cyganka. Wypalam "Good morning", bo przeciez ja glupia! nie zdazylam zapytac nawet czy to Polacy sa czy nie. A co sie okazuje? Pani mowi pieknie po Polsku. Tzn nie az tak pieknie, ale jest Polka, urodzila sie we Wroclawiu. Noooo to jestesmy w domu. Matteo mowi "turn the right". Ok wiec ide. Na koncu korytarza jest nasz pokoj. O rozczarowaniu juz wspominalam, wiec nie bede juz wiecej nic na ten temat pisac.... Wiem tylko, ze teraz wstydze sie tego, co wtedy czulam. Teraz to jest dla mnie azyl. MOJ pokoj. MOJ dom! Kilka lez juz tutaj sie wylalo, padaly wyznania milosci, wznosil sie smiech, przelalo jezioro alkoholu, unosily grube kleby dymu papierosowego i nie tylko, trzasaly drzwi, rzucaly sie same piloty ;) - a to wszystko przez miesiac. Juz sie tutaj zadomowilam i mimo wszystko jestem zadowolona.
Oczywiscie pierwsze czego zarzadalam to kawa i poduszka. Pierwszy sen w nowym lozku, przy filmie, obok Mattea, ale bez podtekstow. Z Matteem nadal nie wychodzimy poza relacje kolezenskie. Choc moze juz czas to jakos zmienic? Aaaale ten post nie o tym.
Chwila snu i mozna dzialac dalej. Wlascicielka miszkania zaprasza na zupe i kawe. Dlaczegoz by nie skorzystac? Glodna nieco sie zrobilam to fakt, jednak zupinki tylko pochlipalam, bo dosc skutecznie odebrala mi Pani apetyt opowiesciami o tym co sie tutaj dzieje i o swoim zyciu... ojojojojojo.... Nie bede Wam teraz tego wszystkiego opisywala, bo zwyczajnie mi sie nie chce.
Pierwsze miejsce w jakie sie udalismy? Golders Green. Moje przyszle miejsce pracy. Rozmowa przebiegla spoko - zapraszamy jutro na sprawdzenie czy sie nadajesz. Czyli kolejne pierwsze razy - pierwsza rozmowa o prace, pierwsza praca. Jednak dnia nastepnego czekalo mnie cos ciezszego do przezycia pierwszy raz. Samodzielna podroz na owo Golders Green. Ilez to ja sie nastresowalam... W dodatku nie wysiadlam na tym przystanku co trzeba, jednak na zle mi to nie wyszlo, bo okazalo sie, ze byl dla mnie wygodniejszy.
Pierwsza praca okazala sie niewypalem kompletnym, po 2 tygodniach kategorycznie zapowiedzialam, ze nie chce tam pracowac i nie bede. Chocby mi dawali dniowki 100 funtow. Dziewczeta falszywe, jedna druga chetnie by sprzedala za pensa, pieniadze marne, a w dodatku jak sie okazalo nie bylo tygodnia depozytu tylko poltora tygodnia, co dla kogos, kto przyjechal nie na wczasy, a zarabiac to dlugo. Jakos sie przemeczylam tam przez nieco ponad 2 tygodnie i oficjalnie "wrocilam do Polski". Coz pierwsze klamstwo na taka skale - musialam, bo nie dostalabym przepracowanego depozytu, oraz musialabym odczekac swoj okres wypowiedzenia. A w dodatku mialam juz kolejna robote od nastepnego tygodnia, ktora okazala sie pomylka. Wlascicielka zwyczajnie zrobila mnie w bambuko. Wszystko ladnie, pieknie "tak, tak od poniedzialku mozesz zaczac, bla bla bla". Warunki uzgodnione, trening przebyty, jedna zmiana odwalona w czasie wolnym od poprzedniej pracy, no nic tylko skakac ze szczescia, bo praca blisko - ledwie 3 minuty drogi od domu, ludzie w sumie ok, szefowa tez wydawala sie w porzadku... A no wlasnie, wydawala sie.... W czwartek wychodzac ze zmiany, pytam na ktora w poniedzialek mam przyjsc, a ta mi mowi, ze zadzwoni, bo nie wie jeszcze jak sobie uzgodnili grafik. Mowie - ok, mysle - logiczne przeciez, bo nie przyjde do pracy w czasie, kiedy sa juz 2 osoby na zmianie. Czekam piatek, czekam sobote, czekam niedziele, czekam poniedzialek, a telefonu jak nie bylo, tak nie ma. Ide wiec w poniedzialek i pytam "o co kaman?" a ta pinda mowi mi, ze po swietach moze mnie przyjac, bo aktualnie ma za wiele ludzi.... No szlag! Jak to za wiele ludzi? To nie wiedziala o tym 4 dni wczesniej? Nie wiedziala, kiedy rozmawiala ze mna o tej pracy? To ja zrezygnowalam na gwalt z roboty, a tu taki klops! Mowie, ze przeciez rozmawialysmy, ze przeciez zrezygnowalam z pracy, ze przeciez ustalone bylo wszystko, zrzucila wiec wine na jednego z pracujacych tam chlopakow, ktory niby mial odejsc przed swietami, a jednak odejsc chce po swietach bla bla bla... co okazalo sie oczywiscie sciema, bo zaden z chlopakow nie zamierzal i nie zamierza odchodzic. Nooo to pieknie! Jestem w czarnej dupie! Ani inszuransu ( pisownia zamierzona!), ani pracy, ani kasy, a perspektywy raczej na inna prace marne.... I tak oto stalam sie bezrobotna. To nie tylko moj pierwszy raz w Londynie. To rowniez moj pierwszy raz w zyciu.... O ja naiwna. Myslalam, ze zlapalam Boga za nogi, ze wszystko sie ulozy, ze wyjde na prosta. O jakie ja sobie juz plany snulam... Ah.... I tu oto nagle na drodze stanela kolezanka, ktora poznalam tylko przez facebooka, kiedy jeszcze byla w Polsce. Jakies 4 lata temu. Pierwsze spotkanie realne odbylo sie oczywiscie gdzie? W Londynie!!!! Kolejny pierwszy raz! I ogarnela mi prace u siebie w pralni. I pierwsza praca na kontrakt! I wiecie co? :D Kolejny pierwszy raz w Londynie!
Dzis Wigilia, a moze to juz Boze Narodzenie? Bo to juz po polnocy. Pierwsze swieta poza domem. W ogole ostatnie Wigilie sa jakies "pierwsze". W zeszlym roku pierwsza Wigilia bez Mamy. W tym roku pierwsza Wigilia w Londynie, poza domem. Cale szczescie tydzien temu przylecial Brat, wiec jakas namiastka domu jest.... W gruncie rzeczy to nie namiastka, tylko jak w domu, bo w Polsce tez mieszkalam tylko z Bratem, tutaj jednak mieszkamy jeszcze z Matteo.
Oczywiscie jak to zawsze bywa w czasie przygotowan Wigilijnych nie obylo sie bez nerwow, jednak tym razem bylo inaczej. Zawsze kolacja Wigilijna konczyla wszystkie napiecia, nerwy i bieganine. Dzis to, co dzialo sie w czasie przygotowan bylo tylko poczatkiem... Jednak nie chce o tym pisac, bo to TOP SICRET. ;) Mam tylko nadzieje, ze jutrzejszy dzien pokaze rozwiazanie dzisiejszego biegu sytuacji....
A teraz, jest 2:04 a ja siedze i pisze.... Matteo spi, Brat spi, a mnie jeszcze czeka misja... Adrenalina jeszcze nie opadla po wieczorze... A jeszcze 3 godziny temu bylam tak zmeczona, ze moglabym zasnac na stojaco... Przeszlo...
Nooo i prosze, kolejna dawka adrenaliny. Brat wlascicielki mieszkania robi afere swojej corce i oczywiscie gdzie wpadli? Do tego mieszkania... Masakra... Gdyby nie to, ze jest wielkosci Mariusza Pudzianowskiego i jest pijany to chetnie bym poszla i zwrocila mu uwage, jednak strach mi nie pozwala na to. W sumie to normalna rodzinna awantura, z tym, ze normalnie gdy sa w poblizu osoby trzecie to awantura sie ucisza, a ten wcale chyba nie zamierza sie uspokoic... Eh... sporo sie tutaj dzieje.
Kolejne Pierwsze Razy W Londynie juz w kolejnym wpiscie ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz